You are currently browsing the monthly archive for Styczeń 2010.

Długo zapowiadana, od dawna oczekiwana, już prawie zapomniana - część druga. Kto nie widział pierwszej – odnajdzie ją tutaj. Tak jak poprzednio – znów będzie mowa o przekonywaniu. Kontynuujmy więc wyliczankę:

4. Wzbudź chęć, pokazując korzyści

Na dobrą sprawę, cała istota przekonywania może być zawarta w tym jednym zaleceniu – pokazaniu drugiej stronie korzyści. Potrzebne będzie tutaj troszkę empatii. Pomyślcie, jak często na pytanie o przyczynę dla której mamy coś zrobić słyszymy: ” bardzo mi na tym zależy “, ” bardzo pomożesz mi w ten sposób “, albo w tym gorszym wariancie “ bo tak chcę “. Zero fantazji, zero polotu, zero wyczucia !

A wystarczyło wymienić jedną korzyść. Rzecz w tym, żeby przekonując nie mówić o sobie. Nigdy przenigdy nie mówić o sobie! Co mnie obchodzi, że ci w ten sposób pomogę ? Ja chcę wiedzieć, w jaki sposób to pomoże mi, jaką ja będę miał z tego korzyść. Na dobrą sprawę nie mamy możliwości, żeby przekonać innych do czegokolwiek. Jedyne co możemy to WZBUDZIĆ CHĘĆ. A zrobimy to tylko pokazując komuś CO ON SAM MOŻE ZYSKAĆ.

5. Bądź entuzjastyczny.

Entuzjazm jako taki jest nieco przereklamowany, chociaż wciąż ważny. Spośród wielu cech/kompetencji entuzjazm jest prawie niewyuczalny. Innymi słowy – jest dany z góry – albo go mamy, albo nie mamy. Nie da się go “wypracować”. Ten wypracowany w pocie czoła jest zwyczajnie sztuczny. Można tak robić, ale na dobrą sprawę trudno takim sztucznym entuzjazmem kogoś zarazić. A o to właśnie chodzi – jeśli uda się zarazić, jeśli ta druga strona poczuje naszą energię, to “już ją mamy”. To zjawisko wcale nie takie rzadkie. Dlaczego panie z teleturniejów typu “zadzwoń do nas-odgadnij słowo-damy ci  pięć stów” są ciągle uśmiechnięte, pełne energii, żywe, nie zamykają się ani na chwilę, jednym słowem – są przepełnione entuzjazmem ? Właśnie dlatego, żeby zachęcić nas, naiwnych, do wydzwaniania. No dobrze, może nie każdemu się zdarzyło, ale mi owszem – i biję się w piersi, bo przetraciłem na takiej usłudze całe pięć złotych. W każdym razie – brawa dla tej pani. Chociaż jej entuzjazm udawany, przekonała mnie skutecznie :)

6. Okazuj współczucie i zrozumienie.

Żeby kogoś przekonać – musimy pokazać, że gramy w tej samej drużynie. Powiem więcej – nie tylko mamy pokazać, ale faktycznie mamy grać w tej samej drużynie. Jeśli będę chciał przekonać kogoś, żeby skoczył w ogień, to co mogę usłyszeć ? “Słuchaj stary, bardzo cię lubię, ale sam wiesz – mam żonę, dzieci, dobrą pracę. Nie chcę teraz skończyć w ogniu…”. Ja na to ” oczywiście, dobrze cię rozumiem. Jestem z tobą, wiesz o tym. Współuczuję ci, że musisz to zrobić. Zaopiekuję się twoją żoną i dziećmi, ale teraz już… SKACZ! “. Idiotyczny i przesadzony przykład… ale zasadę mam nadzieję podłapaliście. Jeśli chcemy kogoś przekonać – musimy autentycznie wczuć się w jego sytuację, zbadać co go powstrzymuje. Musimy usiąść i o tym porozmawiać. Musimy tą drugą stronę zrozumieć. Gramy w tej samej drużynie.

7. Bądź ludzki

Co znaczy “ludzki” ? Akurat dziś są to cztery składniki:

- Do rozmówcy i do jego poglądów odnosimy się z szacunkiem. Chociaż możemy się z nim nie zgadzać, chociaż to co robi może być dla nas idiotyzmem, to i tak go szanujemy. Pamiętajmy, że jeśli my nie będziemy szanować innych, to inni nie będą szanować nas.

- Zachowujemy się taktownie. Uczymy się nowych zwrotów: ”proszę”, “dziękuję”, “przepraszam”, “czy mógłbyś”, “co sądzisz o… ?”, “jakie jest twoje zdanie w tej sprawie?”.

- Odnosimy się z przyjaźnią. Jeśli będziesz traktował drugą stronę jako wroga – sam będziesz dla niej wrogiem. Jeśli będziesz mówił jak do przyjaciela – sam staniesz się przyjacielem.

- Rozmawiamy. Po prostu rozmawiamy. Nie szukamy zaczepki, nie szukamy pretekstów, nie szukamy różnic i podziałów. Za wszelką cenę unikamy kłótni i postawienia spraw na ostrzu noża. Pamiętasz może, kiedy ostatnio ktoś przekonał cię podczas kłótni ? No właśnie…

Na koniec chcę podzielić się z wami kilkoma pytaniami na które szukam odpowiedzi - Gdzie przebiega granica między przekonywaniem a manipulowaniem ? Czy w ogóle taka granica istnieje ? Czy jest coś takiego jak dobra i zła manipulacja ? Czy samo przekonywanie jest dobre albo złe ?

Autorzy manifestu to Bre Pettis i Kio Stark. Tekst jest na tyle ważny, że za konieczne uznałem podzielić się nim z innymi. Z angielskiego przetłumaczyłem na tyle na ile pozwalają mi moje umiejętności. Gdybym tylko się zawziął, przetłumaczyłbym i całość. Dlaczego tego nie zrobiłem ? Kto manifest przeczyta, łatwo znajdzie odpowiedź na to pytanie. Jeśli ktoś ma pomysły jak sensownie przetłumaczyć puste punkty – piszcie w komentarzach. Polski tytuł też się przyda. Najpierw moja beta-wersja, potem wersja angielska.

Manifest

1. Istnieją tylko trzy stany działania –  niewiedzy, podjęcia akcji i zakończenia.

2. Akceptuj, że wszystko jest w zarysie. Pomaga to podjąć działanie.

3. Nie ma etapu edycji.

4. Udawanie, że wiesz co robisz jest prawie takie samo jakbyś to wiedział, tak więc nawet jeśli nie wiesz co robisz, przyjmij, że wiesz i zrób to.

5. Pozbądź się zwlekania. Jeśli czekasz dłużej niż tydzień, aby zrealizować pomysł – porzuć go.

6. Ukończenie to nie wykonanie dokładnie do końca, ale zaczęcie robienia rzeczy następnej.

7. Jak tylko skończysz, robotę możesz ją wyrzucić.

8. Śmiej się z doskonałości. Ona jest nudna i powstrzymuje cię działania.

9 Mylą się ci, którzy mają czyste ręce. Rację mają ci, którzy coś robią

10. Błędy są częścią działania. Popełniaj błędy.

11. Demolka też jest rodzajem działania.

12. Opublikowanie swojego pomysłu w Internecie jest tylko cieniem działania.

13. ?

edit: Dzięki Testeq manifest jest już prawie skończony. Jeśli macie swoje propozycje – piszcie śmiało.

Moje studiowanie odbyło się można powiedzieć w tempie błyskawicznym. Mniej – więcej w takim:

Dopiero co zacząłem, a już postanowiłem przygodę uniwersytecką zakończyć. Niektórych tą decyzją zszokowałem, innych zatrwożyłem, a wszyscy wydawali się co najmniej zdziwieni. Wynika to z tego, że decyzję konsultowałem z niewieloma osobami. Żeby uściślić – konsultowałem ze sobą, innym najwyżej komunikowałem.

Czemu taka decyzja ?

Jest wiele powodów. Nie ma sensu, żebym je wymieniał po kolei. Najprościej byłoby powiedzieć “bo tak chciałem”. Ostatecznie właśnie na tym to polegało – tak chciałem zrobić i tak zrobiłem. To, że jeszcze we wrześniu chciałem czego innego – mianowicie studiowania 3 albo 5-letniego to już inna sprawa. Niektórzy twierdzą, że jeszcze wrócę na uczelnię, że jeszcze mi się odmieni. Sądzą tak, a może tylko mają taką nadzieję ?

Ale dobrze, jakieś powody przyda się wymienić, w końcu jest to decyzja dość ważna. A więc:

  • To, co powtarzałem wielu osobom, gdy pytały się “Ale dlaczego ?”. Studia – powiem wprost – nie spełniły moich oczekiwań. Być może za dużo oczekiwałem… Głównie chodzi o to, że strasznie było dużo teorii. Definicje, schematy, ujęcia takie lub inne. Może nie jest to złe, bo podstawy teoretyczne to rzecz ważna, ale jako student zarządzania oczekiwałem czegoś bardziej praktycznego, chciałem nauczyć się biznesu.
  • Następna rzecz – uczyłem się nie tego, czego chciałem się uczyć. W szkole podstawowej czy gimnazjum mogę zrozumieć, nie każdy ( a może nikt?) wie czego chce od życia tak więc uczymy się wszystkiego. W tak młodym wieku szerokie podstawy można uznać za zrozumiałe. W liceum był już jakiś wybór, ale tylko na papierze. Trudno było doszukiwać się szczególnych różnic między klasami. Na studiach… no cóż. Trochę się zawiodłem. Przedmioty, których miałem się uczyć nie do końca mi odpowidały. Zachowuję się w tym momencie jak francuski piesek, ale co ja poradzę – takie właśnie mam odczucia.
  • Teraz gdy patrzę na to z małej perspektywy, to widzę, że bardzo nie podobało mi się to, że znów mam grafik. Znów muszę robić nie to co chcę robić, ale to co trzeba robić. I znów szczekam jak francuski piesek :) Każdy z nas pewnie po części robi rzeczy, których nie chce robić. Ja jednak powiedziałem “koniec”. Musiałem to zrobić teraz  - zbliżała się sesja, a jeśli chciałem wziąć się na serio za studiowanie, to nic innego sensownego nie mógłbym w tym czasie robić. Nic poza nauką oczywiście. A może się mylę ?

Zanim przejdę do “koronnego” argumentu powiem też dlaczego warto studiować. Może nie wymienię wszystkich “za”, bo trudno to zawrzeć w kilku zdaniach, ale pokażę trzy sprawy, które dały mi dość mocno do myślenia :

  1. Studia to ludzie. Wiele osób mówi, że właśnie studia są tym czasem, kiedy nawiązujemy najwięcej znajomości, poznajemy nowe  osoby – podobne do nas lub całkiem inne. Czasem słyszy się nawet, że studia to najlepszy czas, a więc czy sensowne jest z tego czasu dobrowolnie rezygnować ?
  2. Początki są nudne, ale potem jest już ciekawiej. Chodzi o to, że te przedmioty, zajęcia, wykłady, które ma każdy na początku są dość ogólne. Można powiedzieć: “jak wykład jest dla każdego, to naprawdę jest dla nikogo”. W założeniu im dalej się zagłębiamy, tym dokładniej określamy swój osobisty program edukacji. Przez to jest ona atrakcyjniejsza
  3. Same studia to nauka życia. Nie tyle wykłady, co samo studiowanie. Nauka negocjacji u pań w dziekanacie, działanie pod presją terminów, poprawa komunikowania się – z powodu rozmów z innymi studentami czy też wygłaszania prezentacji. Te i wiele innych nowych umiejętności/kompetencji nabędziemy przez sam fakt bycia studentem.

Na pewno znajdzie się i więcej plusów studiowania. Choćby taki, że dzięki ich ukończeniu dużo łatwiej o pracę ? A może to, że studiując zdobywamy jakąś wiedzę ? Tak myślę, że ten argument powinien być na samym początku listy, nie na jej końcu :)

Skoro jest tak różowo, to dlaczego zdecydowałem się zrezygnować ?

Z bardzo prostej przyczyny. Jestem przekonany i wierzę w to, że to co oferują mi studia mogę osiągnąć innymi środkami. Co najważniejsze – mogę to zrobić lepiej, szybciej i z większą przyjemnością. Tak to widzę dziś.

Wiem doskonale, że widzę inaczej niż duża część społeczeństwa. I bardzo dobrze. To, że ja tak myślę w sprawie studiów nie znaczy, że myślę dobrze. Nie znaczy to też, że myślę źle. Znaczy to tylko tyle, że zrobiłem to co chciałem zrobić, a czy była to dobra decyzja – czas pokaże. Każdy sam musi sobie rozpisać swoje “za” i “przeciw”.

Idiotyzmem byłoby, gdybym powiedział “studia są złe, rezygnujcie ze studiów”. Po pierwsze – nie wiem co jest dla was dobre, a co złe. Po drugie – i tak byście się nie posłuchali :)

Zgodnie z zapowiedzią dziś zajmiemy się tym w jaki sposób zaplanować nowy rok. Podkreślam - zaplanować. Same “noworoczne postanowienia” chyba nam nie wystarczą ?

Planowanie…

Najpierw zdecyduj czego chcesz. Jest to kluczowa część jeśli chodzi o planowanie. Można powiedzieć, że reszta to tylko dodatki a samo planowanie to właśnie wybór tego co chcemy robić, co chcemy osiągnąć.  Ja byłem w tej komfortowej sytuacji, że planuję dużo i często, tak więc ustalenie celów na przyszły rok przyszło mi z łatwością. W jakimś sensie miałem je w głowie już wcześniej, pozostało tylko je przelać na papier. Ktoś kto “żyje z dnia na dzień” (czytaj – nie zastanawia się nad tym co robi i dlaczego to robi) może mieć problemy z wypisaniem swoich celów, ale i na to znajdzie się recepta.

Koniecznie trzeba zorganizować sobie “małe posiedzenie”. Żeby nie skończyło się tylko na siedzeniu, trzeba się czymś zająć. Naszym celem na początku będzie wypisanie jak największej ilości celów, planów, zamierzeń.

Żeby trochę wspomóc myślenie warto zadawać sobie pytania. Im więcej i im bardziej pobudzające tym lepiej. W naszym przypadku możemy pytać się np ” jak chcę spędzić 2010 rok ? “, ” czego chcę się nauczyć ? ” , ” gdzie chcę wyjechać ? ” , ” kogo nowego chcę poznać ? “. Pytań które możemy sobie zadać jest tak wiele, że nie powinno być z nimi problemu.

Przy wypisywaniu można albo skupić się na czymś nowym, albo na kontynuacji tego co robimy teraz. Z pewnością okaże się, że większość z tego co wymyślimy będzie kontynuacją – lepszym robieniem czegoś, co robimy do tej pory. Czy to w pracy, czy w życiu osobistym.

Jak już wypiszemy odpowiednio dużo celów, musimy wybrać te najlepsze. Należy pomyśleć chwilę nad każdym z nich. Zastanowić się, które z celów są najbardziej sensowne, które przyniosą największy efekt, a które przyniosą największe… zadowolenie. Przyjmijmy, że zdrowo będzie doprowadzić do sytuacji, kiedy takich celów nie będzie więcej niż siedem. Dlaczego w ten sposób, o tym pewnie jeszcze kiedyś opowiem.

Po posiedzeniu, a jeśli ktoś ma ochotę to jeszcze w trakcie, nasze cele trzeba odpowiednio przetrawić. Korzystamy tutaj ze SMARTA. Jest tak wiele rozszerzeń samego słowa i wersji alternatywnych, że trudno coś konkretnego wybrać… Najważniejsze są trzy kwestie. Cel MUSI być mierzalny, MUSI być dla nas osiągalny (realny), MUSI być określony w czasie. W razie potrzeb tym “czasem” może być cały 2010 rok.

Jak już każdy z celów odpowiednio przetrawimy, czas najwyższy, żeby je zapisać. Polecam długopis i kartkę papieru – tak jak na zdjęciu powyżej. Zamiast pisać “chcę zarabiać X pln” dużo lepiej zapisać to w czasie teraźniejszym, bez “chcenia” – np “zarabiam X pln”. Mała rzecz, a robi dużą różnicę.  Przy zapisywaniu oprócz słów stosujmy obrazki, symbole, strzałki, może nawet kolory. Wszystko to ma nam pomóc w lepszym wyobrażeniu sobie celu, ma pobudzić nasz cały mózg. Oprócz tego rodzaju planu możemy pokusić się o stworzenie czegoś w rodzaju tablicy wizji. Będzie ona jeszcze bardziej kolorowa, z jeszcze większą ilością obrazków. Wszystko po to, żeby nasz plan oddziaływał jeszcze mocniej.

Po wypisaniu/wyrysowaniu celów na najbliższy rok dobrze będzie zająć się każdym z nich z osobna. Mam tu na myśli wizualizację. W związku z tym, że zasługuje ona na szersze omówienie, nie będę w tej chwili opowiadał co, jak i dlaczego. W razie potrzeb wujek Google odpowie na każde wasze pytanie.

…to dopiero początek.

A no właśnie. Doszliśmy do  sprawy kluczowej. Większość ludzi o tej prostej prawdzie zapomina i dlatego mają efekty jakie mają. Ich plany noworoczne to zbiór postanowień typu “nie będę palił papierosów”. Nie muszę chyba opowiadać, jak wiele z takich postanowień upada już po tygodniu ? Dlaczego tak się dzieje ?

Raz – osoba nie przyłożyła się za bardzo do samego planowania. Dwa – “wykorzystała” nowy rok po to, aby w życiu wprowadzić zmiany, zrobić mały przełom. Takie postępowanie sprawdza się mimo wszystko rzadko. Od robienia rewolucji dużo łatwiej dojść do czegoś małymi kroczkami, wiem coś o tym. Trzy – zapomniała, że plany są po to, aby je realizować. Sam plan, bez odpowiedniego, wytrwałego działania – jest niczym.

W tym jak i poprzednim tekście chciałem przekazać metody jakimi się posługiwałem, a przez to same wpisy były trochę bardziej teoretyczne. Chociaż chciałbym podzielić się swoimi planami, to wyznaję zasadę, że jak już mówić to o efektach, a nie o planach i zamierzeniach. Jednym, milionowym celem już się z dość szeroką publiką podzieliłem. Póki co, tyle wystarczy :)

Zanim przejdziemy do zaplanowania nowego roku, najpierw wypadałoby podsumować ten który właśnie minął. Taką przynajmniej wyznaję zasadę. Dziś podzielę się z wami tym, jak takie sumowanie wyglądało w moim przypadku.

Ale właściwie dlaczego ?

Po pierwsze – po to, żeby wyciągnąć lekcje. Rok to całkiem dużo czasu. Przez te 365 dni jestem pewny, że w życiu każdego z nas działo się niemało. O ile czasem może być trudno wyciągnąć jakieś nauki z mijającego dnia, o tyle cały rok powinien nam dostarczyć sporej porcji nowej wiedzy, nowych myśli. W efekcie (o ile myśli zamienimy w  czyn) rozwiniemy się, zdobędziemy nowe umiejętności. Nawet jeśli wydawało się, że rok “już stracony”, bo swoich zamierzeń nie spełniłeś, to wyciągniesz z niego nauki, dzięki którym lepiej będziesz działał w przyszłości. O wyciąganiu nauk pisałem już wcześniej.

Po drugie – dzięki takiej retrospekcji, spojrzeniu wstecz łatwiej i trafniej zaplanujesz rok przyszły. Będziesz wiedział, co poszło dobrze, a co nie bardzo. Na co zwrócić większą uwagę, a z czym nie przesadzać. Zdobędziesz odpowiednią perspektywę. Można powiedzieć, że dzięki temu lepiej poznasz sam siebie.

Po trzecie wreszcie dobrze jest powrócić myślami, bo jest to po prostu przyjemne. Czasem mówi się, że z przeszłości pamiętamy to co dobre. Jeśli tak jest, to łatwo znajdziesz pozytywy w mijającym roku. Na pewno jest wiele sytuacji na których wspomnienie uśmiech zagości na Twojej twarzy :)

Teraz kilka słów o przygotowaniu do “sumowania”.

Kluczową sprawą jest zebranie wszelkich pomocnych materiałów w jedno miejsce. Jeśli prowadzisz pamiętnik – miej go przy sobie. Jeśli prowadzisz bloga – wykorzystaj to co pisałeś na nim w ciągu roku. Jeśli (tak jak ja) masz zeszyty, gdzie zapisujesz swoje myśli, plany, projekty i pomysły – okażą się bardzo pomocne . Oprócz materiałów mogą to być inne przedmioty – np. pamiątki z podróży. Wszystko to, co w jakiś sposób pomoże Ci przypomnieć sobie 2009 rok, będzie odpowiednie.

Kolejna pomocna metoda to spojrzenie wstecz. Najpierw usiądź wygodnie, w ciszy. To ważne, żebyś był zrelaksowany. Cofaj się myślami do przeszłości. Krok po kroku. Może nie dzień po dniu, ale cofaj się, zauważając te najważniejsze fakty i wydarzenia. Zacznij od niedawnego sylwestra, a skończ na 1 stycznia 2009. Nie rób tego na siłę, ale się baw. Ta metoda sprawia mi największą przyjemność i stosuję ją nie co roku, ale każdego dnia. Oczywiście cofając się maksymalnie 24 godziny.

Coś co pomoże Ci przygotować się odpowiednio to… rozmowa. Jeśli masz taką ochotę, a co ważniejsze – masz odpowiednią osobę, z którą możesz o mijającym roku porozmawiać – zrób to. Jest wskazane, żeby ta osoba Cię dobrze znała. Oczywiście musicie mieć też do siebie zaufanie i bez skrępowania mówić to co myślicie. Niestety w tym roku takiej rozmowy nie przeprowadziłem, więc nie wiem do końca czego się spodziewać. W teorii wygląda całkiem sensownie :)

Jeśli chodzi o sam proces “sumowania” to stosuję dwie, proste metody.

Pierwsza to zwykła ocena. Dzielimy kartkę na dwie kolumny. Z lewej piszemy “TAK”, a z prawej “NIE”. Po lewej ma się znaleźć to, z czego jesteśmy zadowoleni. Nasze zwycięstwa, powody do dumy. Po prawej inaczej – tam umieścimy nasze porażki, niespełnione zamiary i obszary, w których chcemy się poprawić.

Co to będzie dokładnie, zależy już od każdego z osobna. Jedni będą analizować swoją pracę, to jak dobrze skończyły się projekty, jak wzrosły (lub zmalały) umiejętności, może jak zmieniła się pensja ? Inni większą uwagę przywiążą do relacji z ludźmi, stosunków z rodziną i przyjaciółmi. Można też popatrzeć na swój rozwój ogółem, na umiejętności przywódcze czy interpersonalne. Dobrze jest też ocenić mijający rok, patrząc na postanowienia z jego początku, o ile takie miały miejsce. Nie powinno być problemu, bo w ocenianiu jako ludzie jesteśmy mistrzami. Ważne jest tylko to, żeby ocena była szczera. Prawda, choćby i dla nas bolesna zawsze jest lepsza od kłamstwa.

Druga metoda, Wiem-Potrafię-Mam-Jestem, przedstawiona jest na obrazku poniżej:


Prawda, że to nic trudnego ? Wystarczy wypisać:

- Co nowego wiem, czego się nauczyłem ?

- Co potrafię nowego, jakie zdobyłem nowe umiejętności ?

- Co mam nowego, czego nie miałem rok wcześniej ? Jakie nowe przedmioty zdobyłem ? Jakie nawiązałem nowe relacje?

- Kim nowym jestem ? Jaki jestem teraz w porównaniu z rokiem poprzednim ? Jak się zmieniłem ?

Już niedługo kolejny odcinek z serii. Tym razem o planowaniu.

Grudzień jak to grudzień. Pierwsza część miesiąca dosyć pracowita, z zajętymi terminami i lekkim napięciem. Przede wszystkim z widocznymi rezultatami. Inna była druga cześć –  świąteczno – rodzinna. Powróciłem na ten czas do domu i dopiero po tym powrocie poczułem, jak bardzo przez te trzy miesiące zmienilem tryb życia. Zaraziłem się szybkim funkcjonowaniem, z terminami, z sensownym działaniem. Tymczasem trudno za sensowne uznać siedzenie przed stołem świątecznym i “nic-nierobienie”. Na okres wizyty w domu postawiłem sobie cel. Miałem zamiar odpocząć. No cóż…  teraz przynajmniej wiem, że aby odpoczywać trzeba mieć od czego odpoczywać. Innymi słowy – najpierw trzeba się solidnie zmęczyć :) Póki co nie potrafię odpocząć na zapas i po dwóch dniach takiego odpoczynku miałem już dość, zwyczajnie się nudziłem. Za rok rozegram to inaczej, bo odpoczynek przed TV to żaden odpoczynek, a raczej mordęga.

W ciągu miesiąca dostałem kilka wiadomości związanych z blogiem albo samą drogą do miliona. Bardzo to pozytywne i motywujące, dziękuje za wsparcie. Ze swojej strony mogę obiecać tylko tyle, że będę robił wszystko to co w mojej mocy, żeby ten upragniony milion zdobyć. W tym momencie jestem w 1/3 drogi. Wydaje się więc, że powinienem mieć jakieś 300 tys. na koncie. Przykro mi, jeśli kogoś zawiodę, ale takich pieniędzy póki co nie posiadam. Żeby je mieć, muszę stworzyć i dać coś, co będzie tyle warte. Ja sam, moja wiedza, umiejętności i działania muszą być tyle warte, a to wymaga sporo czasu i ostrej pracy. W tym momencie mam trzy aktywności, na których skupię się najbardziej.

Z  tym wszystkim wiążą się cele na cały następny rok. Muszę przyznać, że zarówno podsumowanie poprzedniego jak i plan na przyszły rok wyszły mi całkiem sensownie. Będzie się działo, to wiem już teraz :) Nie podzielę się z wami tym co to za cele i postanowienia, ale za to podzielę się metodą. Myślę, że będzie to dużo cenniejsze i dużo pożyteczniejsze. Mogłem zrobić to jeszcze przed końcem roku, ale postanowiłem najpierw spróbować pewnych rozwiązań na sobie, a potem dopiero ruszyć z tym do was. Nie ma przecież ogromnej różnicy, czy nowy rok zaplanujecie 1-go, czy 10-go stycznia. Ostatecznie czas na planowanie zawsze jest dobry. Rzecz w tym, żeby ten plan wytrwale realizować.

I na koniec tego też życzę i wam i sobie, w 2010 roku. Żebyście nie bali się robić tego co chcecie zrobić, żeby nie kierował wami ograniczający strach, ale możliwości i wizja sukcesu. Czymkolwiek ten sukces jest :)